wtorek, 23 stycznia 2018

Spacer nad Sołą


Dzisiaj dzień z serii: szaro, buro i ponuro. Z kominów unosi się bury dym, duszący smog nie daje oddychać. O czymś takim jak czyste powietrze można tylko pomarzyć. 
Wracałam z Babic nieco podduszona, dopiero na Błoniach zaczęło mi się lżej oddychać. Ale ogólnie jest coraz gorzej.
 Na szczęście wracałam przez kładkę na Sole i na moment przystanęłam żeby obserwować łabędzie i rozdokazywane kaczki. Nie przypuszczałam, że jest ich aż tyle! Rozgadane, podpływają z ciekawością widząc człowieka. Zapewne uważają, że człowiek = posiłek :) 

Soła jest płytka, na razie mogą spokojnie pływać, jest zimno, lekki mróz, ale na rzece nie ma śladu kry. Oby do wiosny :)











poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dzień Dziadka czyli dawno temu...

Dziadka Józefa nie ma już z nami 27 lat. To szmat czasu, ponad połowa mojego życia. Nieraz jestem zła na siebie, że kiedyś gdy mogłam, gdy dziadek żył, nie zadawałam pytań.
Pradziadek Jan Matyja zdjęcie z 1914 roku
 Miałam swoje sprawy i nie byłam zbyt dociekliwa, a dziadek Józef nie należał do wylewnych. Małomówny, powściągliwy, nie dzielił się z nami wspomnieniami. Oczywiście nie zawsze tak było, pamiętam spotkania rodzinne i dziadka opowiadającego ze swadą, wspominającego dawne czasy. Ale i tak zazwyczaj zanim dziadek podzielił się z nami dostateczną ilością szczegółów, do gry wchodził pradziadek Jan  zwany w rodzinie Dziadkiem Obiadkiem - dlatego, że codziennie, punktualnie w południe przychodził ze swojego domu do stojącego w sąsiedztwie domu syna i odbierał od synowej a mojej babci, garnuszki z obiadem. Był punktualny jak szwajcarski zegarek. I właśnie Dziadek Obiadek zawsze miał najwięcej do opowiedzenia przy stole, aż po chwili, ktoś z dorosłych się reflektował i zwracał uwagę: tata da spokój, przecież dzieci słuchają! 
Pradziadek miał co wspominać, przeżył obie wojny, w pierwszej światowej brał udział, druga srodze go doświadczyła, a mnie podsłuchującej wtedy gorliwie, po latach kojarzył się z bohaterami "CK Dezerterów". Trzeba przyznać, że umiał snuć barwne, a nawet nieco pikantne opowieści.

Wracając do dziadka Józefa. 
Dziadek Józef Matyja przy pracy w ogrodzie 1985
To właśnie z dziadkiem szłam do ogrodu żeby pielić, przekopywać i siać. Miałam miniaturową łopatę, mini grabki i wiaderko, oraz mnóstwo zapału. Jako pięciolatka dzielnie towarzyszyłam dziadkowi, a to przytrzymując coś, a to podając. Nauczyłam się też wbijać gwoździe w deski, tak żeby palce pozostały nienaruszone. Jako kilkunastolatka większość czasu spędzałam na czytaniu, a dziadek co jakiś czas tracił cierpliwość i poganiał żebym szła i coś w ogrodzie pomogła, bo inaczej garba dostanę i wzrok stracę. Szłam, ale z pewną pretensją, bo przecież czytam! Ale to dzięki tamtym latom lubię pracę w ogrodzie i nie tylko w ogrodzie. 

Dziadek piekł najlepsze ciasta świata. 
Wcześniej w domu piekła babcia, ale babcia stosowała przepisy tradycyjne i ograniczała się do drożdżowego. 
A dziadek... 
Podobno któraś z pracownic dziadka skarżyła się, że jej keks nie wyszedł. A w zasadzie zakalec jej wyszedł, a bakalie były wtedy na wagę złota. Dziadek zainteresował się problemem, poprosił o przepis. W niedzielę upiekł. Keks wyszedł doskonały, a dziadka zachęciło to do wypróbowania swoich sił. Beneficjentami dziadkowego talentu byliśmy my, domownicy. Doskonałe torty, keksy, babki, serniki, kremówki z budyniem, ciasta ucierane. Te masy, te zapachy wydobywające się z prodiża! Kto teraz używa prodiża?  
Miałam swój mały udział w tworzeniu tych pyszności ponieważ znakomicie ubijałam pianę, bez żadnych dodatków, na sztywno. Tak że mogłam odwrócić miskę i piana się nie wylała, nie wypadła. Ubijałam trzepaczką, żadnych maszyn.
Gdy skończyłam osiemnaście lat czasami siadywaliśmy z dziadkiem przy kieliszeczku wina dla zdrowotności, albo nalewki przez dziadka przygotowanej. 
Zdarzało się, że dziadek wyjmował z barku coś specjalnego, na przykład prezent od kolegi z Francji pastis czyli likier anyżowy. Nadal mój ulubiony.  
Dzisiaj myśląc o moich dziadkach wypiję kieliszek pastis żeby uczcić ich pamięć. Zostawili mi po sobie dobre, pełne ciepła wspomnienia.


Jan i Wiktoria oraz Józef Matyjowie przed domem przy ulicy Chrzanowskiej 1954 rok 


niedziela, 21 stycznia 2018

Babcia Tekla czyli uroki dzieciństwa :)


Dzień Babci, ważne święto, ale tak naprawdę nie ma dnia żebym nie myślała o babci Tekli. Wspólne czytanie, nauka pisania, droga do przedszkola i ten moment gdy na zakręcie wypadłam z sanek, a babcia śpiesząca się do pracy, dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że zgubiła wnuczkę. Szkoła i pierwsze relacje babci: jak w szkole, czego się nauczyłam. Wspólne powtarzanie wierszyków. W liceum lekcje łaciny z babcią.
Babcia Tekla 1938 rok
 Wtedy dowiedziałam się, że w czasie nauki w gimnazjum babcia dawała korepetycje z łaciny i w ten sposób zarabiała jakieś grosze. Po kilkudziesięciu latach nadal znajdowała przyjemność we wspólnym tłumaczeniu tekstów.
 Babcia Tekla, gdy dorosłam i zaczęły się pierwsze randki, czasami bywała bardzo wymagająca. "Przyzwoita panna wraca do domu przed dwudziestą drugą, a nie po północy! "Prawiła mi kazania. Wtedy do akcji wkraczał zazwyczaj milczący dziadek Józef i gasił emocje: " daj jej spokój, młoda jest, wróciła, wiesz gdzie była i z kim."
I nasze życie toczyło się dalej.
Z rozmysłem wybrałam zdjęcie, które przedstawia nie tylko babcię Teklę, ale jest na nim także prababcia Wiktoria - mama dziadka Józefa. Dobry człowiek, wyjątkowo wyrozumiała i znająca życie kobieta. Prababcia Wiktoria zmarła na miesiąc przed moim urodzeniem, ale już chora powtarzała mojej mamie: "Ty się niczym dziecko nie przejmuj, ja ci zawsze pomogę". Bo takie właśnie są babcie. 
A najmłodsi to Krysia, Marian i Wiesiu. Jak babcia sobie z nimi dawała radę to nie mam pojęcia, ale pomysły ta trójka miewała szalone.






sobota, 20 stycznia 2018

"W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów" - Lucia (Lucyna Kleinert)

Niespodzianka od Lucyny Kleinert!
Tym razem tom o podwójnej objętości poprzedników liczy 660 stron.
Podczytuję wpisy na blogu Lucii, ale dopiero książka daje pojęcie o ich ilości. Ponieważ książka dotarła do mnie dopiero wczoraj pod wieczór, więc przeczytać nie zdążyłam, ale oczywiście od razu przejrzałam w poszukiwaniu opisów kuchni włoskiej. Moim zdaniem książka kucharska w wykonaniu Lucii byłaby niepowtarzalna!
Te smaki, zapachy, połączenia - Lucia bardzo obrazowo opisuje proces przygotowania smakołyków dla włoskiej rodziny. Jeżeli lubicie jeść i gotować to książka w sam raz dla was. A ja o książce: "W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów" autorstwa Lucii więcej napiszę po gruntownym przestudiowaniu i może przy okazji wykorzystam któryś z przepisów. Pozornie proste, ale jak ktoś jest tak zdolny jak ja, to lepiej ewakuować z kuchni rodzinę.
To żart oczywiście.
Poniżej fragment przepisu na tort z masą słodkokwaśną, cały w bitej śmietanie.
Smacznego :)


A tutaj link do recenzji pierwszej książki Lucii: "Dziennik badante czyli Italia pod podszewką".
Warto przeczytać.

Jak przeczytałam "Dożywocie" Marty Kisiel

"Dożywocie" Marty Kisiel na listę książek KONIECZNIE PRZECZYTAĆ! wpisałam trzy lata temu, ale jakoś do stycznia 2018 nie udało mi się wypełnić własnego zalecenia. Niemniej, jak mawiała babcia Tekla "co ma wisieć, nie utonie" i po prostu zadziałała siła wyższa. 


Zmęczona pracowitym dniem zamiast uczciwie położyć się i usnąć, telepałam się po chałupie a to wyglądając przez okno bo psy szczekały, a to sprawdzając czy zgasiłam światło na piętrze. W końcu przygotowałam sobie czekoladę na gorąco i sięgnęłam po zadekowane na czarną godzinę prince polo. Otworzyłam lapka, nieco bezmyślnie pobuszowałam w necie i nagle przypomniałam sobie o "Dożywociu". Przypomniałam sobie, ponieważ  jakiś czas temu czytałam, że do drugiego wydania zostało dołączone opowiadanie "Szaławiła". Weszłam na stronę empiku, odnalazłam poszukiwany tytuł i z radością zauważyłam, że jak już jestem to mogę przeczytać fragment książki. To był bardzo długi fragment, wciągający a nawet wsysający, i mocno uzależniający. W czasie czytania wydawałam z siebie odgłosy świadczące o głębokim zaangażowaniu w tekst. Kwiczałam, chrumkałam, rżałam rozgłośnie, a przypominając sobie, że rodzicielka już śpi, parskałam zduszonym kwikiem.  Po rozpalonych policzkach ciekły mi łzy, a momentami gardło ściskało wzruszenie i lęk. Bo wiem, że siła wyższa potrafi narozrabiać. Dochodziła trzecia nad ranem gdy skończyłam czytanie i w tym samym dniu zamówiłam "Dożywocie" niepewna jak wytrzymam czas oczekiwania. Bo działy się tam takie rzeczy, że wolałabym wiedzieć na już czy wszyscy są bezpieczni, zwłaszcza rozczulające, budzące uczucia opiekuńcze Licho psikające  i kichające, uczulone na własne pierze, rozczulające. Dobre i ufne. 
Bo o co tutaj chodzi?
Tak w skrócie.
 Początkujący ale dobrze rokujący pisarz Konrad Romańczuk otrzymuje w spadku po nieznanym wuju dom. W pakiecie z domem trafiają mu się dożywotnicy. To jest ten moment gdy Konrad po rozstaniu z narzeczoną, prześladowany przez nadgorliwą agentkę literacką ma ochotę rzucić absolutnie wszystko i zmienić swoje życie. Okazja sama pcha się w ręce, aż żal nie skorzystać. Romańczuk korzysta, przystając na warunki spadku. I trafia do Lichotki. Jeszcze myśli, że wszystko zależy od niego. Jeszcze ma złudzenia. 
W Lichotce czekają na niego: podekscytowane Licho pucujące każdy zakamarek domu z wieżyczką, rozpoetyzowany duch panicza Szczęsnego,  seryjnego samobójcy oddającego się namiętnie twórczości różnorakiej, Krakers - kucharz doskonały dysponujący imponującymi mackami, wymagająca absolutnej uwagi i poświęcenia kocica Zmora, oraz anektujące łazienkę Utopce. Na tym nie koniec, w miarę rozwoju sytuacji przez Lichotkę przewijają się barwne osobowości, a niektórzy nawet zostają na stałe. Kto odmówi Lichu upragnionego królika? Różowego i piekielnie złośliwego. No kto? Bo na pewno nie Konrad Romańczuk. 
Siła wyższa sprawuje władzę absolutną, życie w Lichotce przybiera różne barwy, kariera Konrada rozkwita. Facetowi w czerni do twarzy z różowym królikiem.  I gdy myślimy, że żyli długo i szczęśliwie zdarza się to co miało się zdarzyć.

"Dożywocie" uzależnia. Mistrzowski język,  charakterystyczny dla każdej z postaci sposób wypowiedzi, pełne humoru dialogi. I romantycy, nie mylić z reumatykami ;)  Świat Lichotki i jej lokatorów wykreowany w sposób sugestywny, pełen ciepła i życzliwości dla otoczenia. Nie chce się z niego wychodzić. 
A na końcu opowiadanie "Szaławiła" wzruszające, o poszukiwaniu własnego miejsca w świecie. Obyśmy je wszyscy odnaleźli. Bo to niełatwe zadanie. 

Jeżeli nie czytaliście jeszcze "Dożywocia" to najwyższy czas odłożyć wszystko na bok i nastawić się na odbiór wieści z Lichotki. A ja przechodzę w rejony "Siły niższej", by za jakiś czas powiedzieć "Nomen Omen".

Marta Kisiel "Dożywocie" 
Opowiadanie "Szaławiła"
Wydanie II 2017 
Wydawnictwo Uroboros
Stron 412


piątek, 19 stycznia 2018

Wspomnienie o dziadku Józefie

Lubicie oglądać zdjęcia w rodzinnych albumach?
 Ja uwielbiam! Mogłabym godzinami przekładać te niepozorne ślady przeszłości, często już zniszczone, pogięte, upstrzone plamami.
 Dom pradziadków - zdjęcie rodzinne, ciotki, wujkowie, ich dzieci. Czarno białe fotografie, czasem w sepii. Trochę krajobrazów. Pradziadek Jan lubił fotografować, potem pałeczkę przejął jego syn, a mój dziadek utrwalając najważniejsze chwile z życia rodziny. Gdy dziadek Józef wyruszał w podróż, zawsze znalazł się ktoś uprzejmy, kto zrobił zdjęcie na pamiątkę. A czasami nawet kilkanaście klatek zużył uwieczniając dziadka w czasie wspinaczki na Śnieżkę, w Łańcucie,  albo tak jak na zdjęciu poniżej  w pobliżu krzyża na Giewoncie.
 Dopiero przeglądając zdjęcia pomyślałam, że poznawanie nowych miejsc było pasją dziadka Józefa.  Gdyby dziadek żył współcześnie, gdy możemy wyjechać w prawie każde miejsce na ziemi, na pewno korzystałby z możliwości.  Tego jestem pewna. 
Z dzieciństwa pamiętałam Jego wyjazdy na wycieczki bo zawsze myślał o wszystkich i na powrót dziadka czekaliśmy z niecierpliwością. Z Czechosłowacji dziadek przywoził w dużych torbach z szarego papieru  orzeszki ziemne do łuskania. Pamiętam trzask pękającej łupiny i ich mdły smak.
 Z Budapesztu dziadek  przywiózł dla mnie czekoladowe pomadki wypełnione różową masą, przepyszne. To dzięki dziadkowi po raz pierwszy spróbowałam jak smakuje marcepan, i nadal od czasu do czasu pozwalam sobie na marcepanowe szaleństwo bo lubię ten smak z dzieciństwa. 
Wśród tych wszystkich zdjęć jedno jest absolutnie wyjątkowe, ojciec z synem na wspólnej wycieczce. Dziadek tak jak większość wycieczkowiczów w garniturze - tak, tak, panowie z teczkami w rękach, w garniturach, panie w spódnicach, kapelusikach albo chusteczkach  na głowie. Wycieczka z pracy. Mnóstwo takich zdjęć. 
To był na pewno piękny, słoneczny dzień. Dobry dzień dla wspólnego zdjęcia w wyjątkowym miejscu. Nie ma już dziadka Józefa, nie ma wujka Wieśka, ale w mojej wyobraźni nadal obaj  wspinają się górskim szlakiem  by dotrzeć na szczyt. 
A zdjęcie ma tyle lat co ja.
 

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Blue Monday - czyli już wiem dlaczego strzyka mnie w kościach

źródło Pixabay
Obudziłam się, było jeszcze ciemno. Przez chwilę leżałam zastanawiając się jaki mamy dzień, ale inteligentnie doszłam do wniosku, że po niedzieli następuje poniedziałek. Czas rozpocząć kolejny tydzień, koniec z leniuchowaniem, wygrzewaniem się pod kocem, pojeniem się czekoladą na gorąco i herbatą earl grey z cytryną i rumem - niezbędne w trakcie czytania. 
Pełna dobrych chęci wstałam, narzuciłam na grzbiet puchaty niebieski  szlafrok i dokonałam wstępnych ablucji. Włączyłam ekspres, zapach parzonej kawy działa na mnie mobilizująco, przygotowałam śniadanie, zerknęłam w kalendarz żeby ułożyć sobie dzień. Było dobrze, w głowie krystalizował mi się plan na kolejne godziny. 
Włączyłam komputer, przeczytałam wiadomości, ucieszyłam się, że zebraliśmy na WOŚP sporo pieniędzy. Świadomość, że z wielu mniejszych i większych datków zbiera się pokaźna suma dla dzieciaków jest mobilizująca.
A potem przeczytałam, że mamy dzisiaj Blue Monday czyli "Niebieski Poniedziałek", Dzień Narzekania. Generalnie nie narzekam, ale poczułam się tak niewyraźnie. Za oknem szaro, w domu chłodno, strzyka mnie w kościach. Niedobrze, starzeję się, pomyślałam, i wróciłam do czytania o pochodzeniu Niebieskiego Poniedziałku. 
W czasie lektury rozbolała mnie głowa i powoli czułam, że to jednak nie będzie dobry dzień. Bo skoro tym razem wprawdzie nie amerykański a brytyjski naukowiec ogłosił, że powinnam się poczuć depresyjnie, to nie ma rady, naukowcy wiedzą swoje. 
To Cliff Arnall, psycholog brytyjski, opracował wzór równania, z którego wynika, że trzeci poniedziałek roku, jest najbardziej depresyjnym dniem w ciągu całego roku. Popatrzcie, jeszcze się rok porządnie nie zaczął, a już takie coś! Cliff Arnall wziął pod uwagę takie czynniki jak: styczniowa pogoda, sytuacja finansowa, stan zaawansowania realizacji postanowień noworocznych. To dało mu Blue Monday.  

I wyszło mu jak wyszło.
Ale z drugiej strony: wczoraj mieliśmy słoneczny dzień, wprawdzie zimny, ale w końcu mamy kalendarzową zimę. Było fajnie, bardzo mobilizująco, a to że czytałam okutana w koc było moim wyborem, kocham Petera Robinsona, to czytałam. Nie przehulałam wypłaty więc na razie na jedzenie mam, plany powoli realizuję, długoterminowych nie zrealizuję w dwa tygodnie, robię swoje. Analizowałam punkt po punkcie dochodząc do wniosku, że Blue Monday mnie po prostu nie dotyczy. I tego się będę trzymać. W kościach też jakby strzyka mniej, a w domu cieplej. Piec się włączył i kaloryfery grzeją. Jest dobrze :)


niedziela, 14 stycznia 2018

"Przepis na zbrodnię" - fragment książki


Właśnie pracowicie prostowałam zagięcia w dżinsach, które zgruchmonione leżały w głębi szafy, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Mojemu „proszę” odpowiedziała niczym niezmącona cisza. Byłam do tego przyzwyczajona. Po ostatnich zmianach związanych z przełączeniem na coś tam telekomunikacyjne, głos po drutach szedł dłużej i zanim dotarł do ucha, trzeba było odczekać. Po chwili doszło do mnie końcowe „bry” i świst. Grzecznie się przywitałam, czekając, co dalej nastąpi.
– Czy mam przyjemność rozmawiać z właścicielką numeru?
– Tak, przy telefonie – odpowiedziałam, choć byłam niepewna, czy dobrze robię. Człowiek nigdy nie wie, jakie licho siedzi po drugiej stronie słuchawki.

– Bardzo mi miło. Pani numer telefonu otrzymałem od Janiny Jaśkowiec, która potrzebuje dodatkowej prezentacji, by otrzymać nasz jedyny i niepowtarzalny odkurzacz w cenie promocyjnej. Kiedy możemy urządzić u pani tę prezentację? Nadmienię, że pani Janinie się spieszy, ponieważ promocja trwa tylko do dzisiaj do godziny dwudziestej czwartej. Czy dwudziesta pani odpowiada? Czy małżonek będzie obecny na pokazie?
– Jaki małżonek? – zapytałam przytomnie.
– Pani małżonek – odpowiedział mój rozmówca z przyganą w głosie. Rzeczywiście, moje pytanie o małżonka było nieco dziwaczne.
Wzięłam się w garść.
– Proszę pana – zaczęłam uprzejmie – po pierwsze nie znam żadnej pani Jaśkowiec, pierwszy raz słyszę to nazwisko, po drugie nigdy i pod żadnym pozorem nie urządzam w moim domu prezentacji, a po trzecie, najważniejsze, małżonek rozwiódł się ze mną ponad dziesięć lat temu i szczęśliwie już ze mną nie mieszka. Zrozumiał pan? Nie nadaję się do tego typu akcji.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła krępująca cisza, ale mężczyzna szybko odzyskał rezon i miłym głosem zapytał:
– A może ktoś z pani znajomych urządziłby prezentację odkurzacza u siebie? Jeśli poda mi pani numer telefonu, to nie będzie pani musiała czegokolwiek załatwiać. Zadzwonię i powołam się na panią. Jak
godność, żebym wiedzał?
W  tym momencie zrozumiałam, że padam ofiarą wymuszenia ujawnienia danych osobowych, a wskazówka zegara niebezpiecznie zbliża się do piątej. Nie siląc się na uprzejmości, rzuciłam panu krótkie „do widzenia” i odłożyłam słuchawkę. Nie zdążyłam ruszyć się z miejsca, gdy telefon ponownie się rozdzwonił. Tym razem dźwięcznie przywoływała mnie do siebie komórka. Na wyświetlaczu zobaczyłam nieznany mi numer. Odebrałam i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ten ktoś się rozłączył. Nacisnęłam wybieranie ostatniego
połączenia i cierpliwie czekałam, ale sygnał zajętości nie dawał szans na szybką reakcję. Odpuściłam i wróciłam do wybierania ciuchów.
Jakaś bluzka by się przydała do tych pomiętych dżinsów.

sobota, 13 stycznia 2018

Znowu wygrałam ekskluzywny odkurzacz, czyli jak nie zwariować od nadmiaru okazji

Tak jak większość z nas dzień po dniu jestem nagabywana przez osoby trudniące się oferowaniem usług i produktów drogą telefoniczną. Zazwyczaj szybko dziękuję za ofertę i zanim jeszcze dokończę mówić słyszę, że dzwoniący rozłączył się uznając, że szkoda na mnie czasu. Słusznie. Trzykrotna oferta z jednej firmy to był do niedawna rekord. Już nie jest.

Przedwczoraj wyszłam  z siebie i stanęłam obok, bo przesadzili.
 Jestem nadzwyczaj cierpliwym człowiekiem i zdaję sobie sprawę, że telemarketing to część biznesu, a dobry telemarketer sprzeda wszystko. Praca jak wiele innych.
 Sęk w tym, że tak w życiu jak i w pracy potrzebny jest umiar i jeżeli coraz bardziej wnerwiony potencjalny klient warczy:"nie! dziękuję, proszę więcej nie dzwonić" - warczy nadal w miarę uprzejmie, a po piętnastu minutach kolejna panienka proponuje garnki, które same gotują, to coraz trudniej przychodzi bycie uprzejmym. 

I właśnie przedwczoraj siedem razy z rzędu dowiedziałam się, że mój telefon wygrał spotkanie i darmową kawę, a co za tym idzie zostanę szczęśliwą posiadaczką ekskluzywnego odkurzacza. Tylko mam przyjść do ... tu nazwa jednej z oświęcimskich restauracji, i odebrać. 
Zatchnęło mnie ze złości, bo wszystko ma swoje granice, nawet słuchanie siedem razy z rzędu, że mój telefon wygrał cokolwiek. Czyżby w chwilach gdy nie jesteśmy razem brał udział w pokątnych rozrywkach? Jeżeli tak, to trafił mi się hazardzista. 
Odpowiedziałam czekającej na moją jedynie słuszną decyzję kobiecie, że nie skorzystam ponieważ już posiadam odkurzacz, nie mniej ekskluzywny niż ten oferowany, a następnego nie potrzebuję. I tonem, od którego wrzątek zamarza, poprosiłam żeby w końcu przestali mnie zamęczać, bo ja się na numery z wygraniem czegokolwiek nie nabiorę. 

Drugi dzień mam spokój, jeszcze za wcześnie aby otwierać szampana, ale liczę na kilka dni przerwy. A jak nie to kolejny numer dodam do blokowanych. 

niedziela, 7 stycznia 2018

"Obczyzno moja" Eliza Piotrowska

Ojczyzna z obczyzny.


Ponad dwa lata temu pisałam o fascynujących przygodach cioci Jadzi Tutaj :)
Wiedząc, że autorka specjalizuje się w  pisaniu dla najmłodszych czytelników nie przypuszczałam, że kilka wieczorów spędzę z "Obczyzno moja" - książką skierowaną do dorosłego odbiorcy.
 Już sama okładka przyciąga uwagę - wnętrze soczystego, kojarzącego się z latem i beztroską owocu zostało naszpikowane pestkami - piktogramami obwiedzionymi paciorkami różańca. Wielce to wymowne w kontekście  treści. Niełatwej, momentami irytującej, gorzkiej, a jednak tak pełnej prawdy o toksycznym uzależnieniu i bezwarunkowej, pozwalającej na wiele, a często na zbyt wiele, miłości. Miłości do kraju, do tych łąk  i jezior malowanych pędzlem artysty, tatrzańskich szczytów za mgłą i pól obsianych zbożem. I tak jest rzeczywiście bo kraj mamy piękny, tylko czasem przykro patrzeć na sterty śmieci w lasach i zdewastowane przez pseudoturystów góry. Ale generalnie od najmłodszych lat jest nam wpajana miłość do ojczyzny, miłość wielka i okraszona balastem historycznych klęsk. 
Tak jakby smutek i żal za minionym był lepszy i ważniejszy niż radość z życia i momenty beztroski. A jak już bohaterka o wiele mówiącym imieniu Lotta pozwoli sobie na odrobinę radości to zaraz wyrzuty sumienia, poczucie winy... i tak w kółko. 
Dobrze, że z przerwami. 
Lotta uzależniona nie tylko od Polski, ale także od Wertera, tak naprawdę według mnie obrzydliwego egoisty i manipulatora, w końcu podejmuje prawidłową decyzję i wyjeżdża. Szczęście, że do Włoch, a nie na przykład do któregoś z krajów północnych, gdzie ciemno, depresyjnie i jedyne czego nie ma to toksycznej miłości ojczyzny do swoich mieszkańców. 
Wyjeżdża i zabiera ze sobą walizkę, bagaż swoich dotychczasowych doświadczeń, tęsknot i wżartego jak kornik w drewno poczucia winy.
W Rzymie Lotta spotyka Rzymianina i to jest ta jasna strona opowieści o życiu. Fragmenty  skrzą się humorem, niebo z burzowego błękitnieje, a ciepłe morze swoim szumem przynosi ukojenie.
 Dzięki niemu i jego podejściu do życia tak Lotta jak i czytelnik mają szansę na nowy początek. Lotta, nadal nękana wspomnieniami, ale już znajdująca czas na pisanie, naukę i zwykłą codzienność powoli podnosi głowę, rozgląda się, prostuje ramiona.
 Etap włoski to etap pośredni, myślę, że wyjazd z Polski do Brazylii bez włoskiej pauzy byłby dla Lotty szokiem. Dopiero Brazylia i rozmowy z mieszkańcami ulicy przy której znajduje się dom Lotty i Rzymianina pozwalają Lotcie cieszyć się codziennością. 
Cieszmy się razem z nią wędrując uliczkami brazylijskiego miasteczka, które wbrew pozorom nie jest takie małe i takie na krańcu świata. A jak już się ośmielimy i nasz krok stanie się pewny to może nawet sięgniemy po kostium różowej pantery i zatańczymy własną sambę. 
"Obczyzno moja" to moje osobiste, bardzo pozytywne zaskoczenie, książka do której jeszcze wrócę by odkrywać jej kolejne warstwy i cieszyć się ciepłem południa. 
Polecam, czytajcie bo warto. 

Eliza Piotrowska "Obczyzno moja"
Projekt okładki Kuba Sowiński
Wydawnictwo Media Rodzina
Rok wydania 2017
Stron 400

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Przysłowia na styczeń

Ładny dzień się zapowiada, nawet słońce przebija się przez chmury. Przed nami kolejne dni kolejnego roku. Czy będzie dobry? Co przyniesie? Tego teraz nie wiemy, ale przysłowia, jak wiadomo będące mądrością narodów, pozwolą nam przygotować się na przewidywane  zmiany w pogodzie.

No to zaczynamy, garść mądrości ludowej: 

1. W styczniu burze i grzmoty - w lato mało roboty.

2. Gdy Trzech Króli mrozem trzyma, będzie jeszcze długa zima.

3. Bój się w styczniu wiosny, bo marzec zazdrosny.

4. Kiedy ptaki w styczniu śpiewają, to im w maju dzioby zamarzają.

5. Jak styczeń zachlapany, to lipiec zapłakany.

6. Kiedy styczeń najostrzejszy, tedy roczek najpłodniejszy.

7. Po styczniu jasnym i białym będą w lato upały.



niedziela, 31 grudnia 2017

Życzenia na Nowy Rok :)

Może nie zawsze autostradą, częściej bocznymi drogami, ale bezpiecznego podróżowania przez życie w kolejnym roku - tego wszystkim życzę 🍀




sobota, 23 grudnia 2017

Świątecznie

Wszystkim zaglądającym na moją stronę życzę pięknych, 

pełnych szczęścia i miłości Świąt Bożego Narodzenia.

Pomódlmy się w Noc Betlejemską                                                                    
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
By wszystko nam się rozplątało,
Węzły, konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy
Porozkręcały jak supełki,
Własne ambicje i urazy
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

I oby w nas złośliwe jędze
Pozamieniały się w owieczki,
A w oczach mądre łzy stanęły
Jak na choince barwnej świeczki.

By anioł podarł każdy dramat
Aż do rozdziału ostatniego,
Kładąc na serce pogmatwane -
Jak na osiołka - kompres śniegu.

Aby się wszystko uprościło,
Było zwyczajne, proste sobie,
By szpak pstrokaty, zagrypiony,
Fikał koziołki nam na grobie.

Aby wątpiący się rozpłakał,
Na cud czekając w swej kolejce,
A Matka Boska cichych, ufnych
Jak ciepły pled, wzięła na ręce.

(Ksiądz Jan Twardowski)

Giotto di Bondone - źródło Wikimedia

poniedziałek, 4 grudnia 2017

"Wymazane" Michał Witkowski

Skończyłam czytać "Wymazane" i już wiem, że atmosfera tej książki zostanie ze mną na długo, myślę, że kiedyś wrócę do Wymazanego z ciekawości, czy ten klimat absurdu, nostalgii i gorzkiej refleksji należy do gatunku ulotnych chwil z pierwszego kontaktu, czy jest stałą niezależną.Zamiast wymądrzania i recenzji poniżej fragment monologu Alexis, tak naprawdę Janiny, a kiedyś Niny. Ale to było dawno.Przeczytajcie "Wymazane", naprawdę warto.

"Mężczyźni! Pachnieli tytoniem i nie znałam żadnego, który by nie pił, nie palił, kogoś kiedyś nie zabił. Nie musieli chodzić na siłownię, bo byli naturalnie umięśnieni, tak jak tobie Damianku, same rosną te mięśnie. Nikt nie był na nic uczulony. Laktoza? Proszę bardzo! Gluten? Pewnie. Wiadrami. Wszystko żarli. Flaki spod spódnicy na bazarze zjadłbyś? Nie? A widzisz, a oni uważali te flaki za najlepszą zagrychę do wódy. Nie tak dobre jak te słynne z Kercelaka, no ale wiadomo, że świat schodzi na psy. Udający ślepego grajek grał na akordeonie i śpiewał zawijając z praska:
Malowana lalo,
bez serca i bez duszy,

żadna miłość cię nie wzruszy,
gdyż w tobie drzemie zło...

Brązowe spodnie od garnituru, koszula, szelki, kapelusz. Do Młocin płynęło się statkiem, na Bielanach kręciła się karuzela. Teraz ludzie albo zapierdalają w korpo, albo w weekend wydają to, co zarobili, w galerii handlowej i myślą, że żyją. Spójrz, jak budują jakieś apartamenty, ogrodzą teren płotem, na tym płocie umieszczą tablice reklamowe z komputerowo symulowanymi rodzinami w w sterylnych, białych i oszklonych wnętrzach, tatusiek ze sztucznymi zębami, mamuśka uśmiechnięta, dziecko u tatuśka na barana, wszyscy ubrani w kremowe kolory... ludzie, którzy mają kupić tu apartamenty i do końca życia zapierdalać w korpo na ten kredyt, a jak im co zostaje, to wydawać w weekend w galeriach. A gdzie miejsce na takie rzeczy jak wtedy, że się szło po pijaku, w listopadzie ulicą wśród gazowych latarni, śledziło kogoś, jadło śledzia z papieru i popijało ciepłą wódką, uprawiało seks w pokojach umeblowanych lub zgoła na łasze na Wiśle... Gdzie ta cała metafizyka?" strona 404


Właśnie, też pytam gdzie....

niedziela, 3 grudnia 2017

"W gospodarstwie dawniej i dziś" Christa Holtei - Astrid Vohwinkel


Czy zastanawialiście się jak wyglądała kiedyś praca w gospodarstwie? 
Ja jeszcze pamiętam młócenie zebranego zboża cepem,  ale teraz to nieskomplikowane narzędzie zostało zastąpione przez młocarnię.
Współcześnie, mając wszystkie dobra na wyciągnięcie ręki, nie zdajemy sobie sprawy ile starań trzeba było żeby przeżyć. Zapewnić sobie żywność, opał, wyżywić zwierzęta. 
Przetrwać.
 Książeczka z serii Mądra Mysz, czyli "W gospodarstwie dawniej i dziś"  w przemyślany sposób pokazuje dzieciom jak zmieniało się życie w gospodarstwie. Jak orano ziemię, jakie zwierzęta hodowano, jak rozwijały się gospodarstwa. 
Poznajemy Wszemiłę i Bolemira żyjących w epoce neolitu 6000 lat temu. Dopiero zaczynają karczowanie kamiennymi siekierami fragmentów puszczy, by postawić dom. Potem odwiedzamy dzieci żyjące w epoce neolitu. Miłocha i Pęcisz akurat naprawiają płot wygradzający pole. 
Oczywiście odwiedzanych gospodarstw jest więcej. Zapoznajemy się z funkcjonowaniem pługa parowego używanego do orania, podglądamy Dobromiłę pomagającą matce w ziemiance przy krosnach. 
 Książeczka jest napisana w sposób przystępny i pięknie zilustrowana co pozwala nam razem z dzieckiem poznawać zmiany w prowadzeniu gospodarstw i w czasie zabawy nauczyć się nowych rzeczy. 
Kolejna mądra, edukacyjna pozycja dla najmłodszych z Wydawnictwa Media Rodzina. 
 Świetnym pomysłem jest umieszczenie w środku książeczki zestawienia okładek tytułów, które ukazały się w seriach Mądra Mysz, Zuzia, Maks i Rozmaitości. 
Dla dzieci od 3 lat.
Seria: Mądra Mysz
Tytuł: W gospodarstwie dawniej i dziś
Napisała: Christa Holtei
 Ilustracje: Astrid Vohwinkel
Tłumaczył: Bolesław Ludwiczak
Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 19 listopada 2017

"Kicia Kocia witaminowe przyjęcie" - Anita Głowińska

Przed nami kolejna opowieść o przygodach sympatycznej Kici Koci. 
Tym razem Kicia Kocia i Pacek, jej przyjaciel grają w domino. A przy okazji umilają sobie czas słodyczami, Kicia Kocia wyciąga z szafy cukierki, a Pacek częstuje ją kolorowymi żelkami. 
Na efekty nie trzeba długo czekać, Packa rozbolał ząb, Kicię Kocię boli brzuszek. Słodycze są dobre, ale trzeba uważać żeby nie zjeść ich zbyt dużo. 
Lepiej urządzić witaminowe przyjęcie i zjeść marchewki, pomidorki, truskawki i wiele innych owoców i warzyw. 
Albo upiec owsiane ciasteczka i poczęstować nimi przyjaciół: Adelkę i Julianka. 
I oczywiście dobrze się wspólnie bawić.
Jak zawsze książeczki z serii o Kici Koci uczą, tym razem zdrowego odżywiania, które może być bardzo smaczne. 
Kto z nas nie lubi owsianych ciasteczek i koktajli owocowych?
 Samo zdrowie!
O książeczkach z serii o Kici Koci pisałam Tutaj

Książeczkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

"Kicia Kocia i witaminowe przyjęcie"
 Anita Głowińska - tekst i ilustracje
Wydawnictwo Media Rodzina
Dla dzieci od dwóch lat


"Krowa Matylda i śnieg" Alexander Steffensmeier


Wprawdzie mamy jeszcze listopad, ale już czas pomyśleć o mikołajkach i paczkach pod choinkę. W nastrój świąt wprowadzi nas krowa Matylda.
Krowa Matylda nie jest zwyczajną krową, o nie! Krowa Matylda to krowa pocztowa. A ponieważ na Boże Narodzenie ludzie wysyłają całe mnóstwo listów, kartek świątecznych i prezentów, to krowa Matylda i listonosz mają mnóstwo pracy. Pracują nawet w Wigilię, aby przesyłki dotarły naprawdę do każdego. A najprzyjemniejsze jest to, że listonosz pomyślał także o prezentach dla Matyldy i jej przyjaciół z gospodarstwa. 
Tylko jak tu wrócić domu, gdy wokół biało i ścieżka, którą poruszała się Matylda znikła pod białym puchem.
Nie martwcie się, wszystko skończyło się dobrze i Matylda grzeje się przy piecu.

Bardzo sympatyczna książeczka dla dzieci z zapadającą w pamięć bohaterką. Krowa Matylda na pewno poradzi sobie w każdej sytuacji. 
A prezenty, którymi listonosz obdarował  Matyldę i jej bliskich przypomną rodzicom i dzieciom, że zamiast kupować drogie prezenty warto usiąść razem przy stole i zrobić coś samemu, własnymi rękami. Poświęcić czas, by nasi bliscy wiedzieli, że o nich pamiętamy w sposób specjalny i chcemy sprawić im radość. 
I nie zapomnijmy o gałązce jemioły...
Polecam :)

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina
Krowa Matylda jest bohaterką całej serii książek. Warto zajrzeć na stronę wydawnictwa Tutaj

Alexander Steffensmeier "Krowa Matylda i śnieg"
Tłumacz: Emilia Kledzik
Stron 32
Dla dzieci od dwóch lat
Wydawnictwo Media Rodzina


piątek, 10 listopada 2017

Trening autogenny metodą J.H. Schultza

Wczoraj znalazłam kartkę, którą dostałam kiedyś na zakończenie szkolenia nakierowanego na opanowywanie stresu.
 Trening autogenny metodą Schultza. 
Oczywiście jest to jedna z wielu metod jakimi możemy  posłużyć żeby się wyciszyć i spojrzeć na osaczające nas problemy nie z perspektywy zagrożenia tylko możliwych do realizacji  rozwiązań. Dla mnie przerażające jest, że tak wiele osób żeby funkcjonować faszeruje się środkami uspokajającymi. To z gruntu błędne podejście ponieważ nie skupiamy się na usunięciu przyczyny naszego stresu, tylko uspokajamy się żeby przetrwać kolejny dzień. 



Lata temu też funkcjonowałam na środkach uspokajających, wydawało mi się, że nie jestem w stanie
przeżyć kolejnego dnia bez choćby jakiegoś ziołowego specyfiku, ale jak pamiętam po pierwszej tabletce przychodził czas na następne i pod koniec dnia traciłam rachubę, nie wspominając o różowych tabletkach. A potem  zdarzyło się coś co wywołało u mnie złość. Wkurzyłam się na samą siebie i zdecydowałam, że cokolwiek by się działo, wolę być pewna swoich słów, decyzji i motywów postępowania. To była trudna decyzja, ale od lat jedynym środkiem na uspokojenie jest dla mnie herbatka z melisy - lubię ziołowe herbaty i oprócz melisy piję lipę i bez na przeziębienie oraz rumianek. Oczywiście bez cukru. 
A od czasu do czasu, jak już wychodzę z siebie i staję obok wyciszam się metodą Schultza. Skupiam się na sobie, oddzielam problem od siebie i szczerze mówiąc nie myślę o niczym. 

A robię tak:
Siadam wygodnie na kanapie, albo na fotelu z wysokim oparciem, nogi opieram o półkę w ławie, tak żeby nie zakładać nogi na nogę i nie uciskać żył, przymykam oczy. Jak ktoś lubi w tle może ciurkać muzyka relaksacyjna, ja wolę ciszę. 
Oddycham równomiernie,
I zaczynam:
Czyli:
1. Ogólne wyciszenie i uspokojenie.
2. Część główna - formuły podstawowe:
Powtarzam:
Jestem spokojna (2 razy)
Uwagę koncentruję na ręce prawej i powtarzam: moja ręka staje się ciężka.
Moja prawa ręka coraz bardziej ciąży do ziemi.
Prawa ręka jest ciężka.
Prawa ręka jest ciężka jak ołów.
Te powtórzenia dotyczą każdej kończyny, czyli po prawej ręce przychodzi czas na lewą, potem na prawą i lewą nogę.
A na zakończenie powtarzamy: całe moje ciało jest ciężkie.
A dalej:
Uwagę ponownie koncentrujemy na prawej ręce i powtarzamy:
Do mojej prawej ręki napływa ciepło.
Prawa ręka robi się ciepła.
Prawa ręka jest ciepła (2 razy)
Prawa ręka jest ciepła jak wystawiona na promienie słoneczne.
Na zakończenie całej części:
Całe moje ciało jest ciepłe.
I dalej:
Jestem ciężki i jest mi ciepło.
Oddycham głęboko i spokojnie.
Moje serce pracuje miarowo i mocno.
Ze splotu słonecznego po całym ciele rozlewa się przyjemne ciepło.
Moje czoło jest przyjemnie chłodne jak pod zimnym kompresem.
Wsłuchuję się w spokojna pracę mojego organizmu i odpoczywam.
ODPOCZYWAM.
Powolne wybudzenie.
Do metod relaksacyjnych potrzebny jest spokój i cierpliwość.
Ale, co też wypróbowałam można zapodać sobie drzemkę taką dwudziestominutową, albo jeżeli za oknami słońce, ale chłodno to siąść tak by promienie słoneczne opierające się o szyby ogrzewały nas. A jak ciepło na zewnątrz to korzystać z powietrza.
Żyję, oddycham jest dobrze choćby walił się świat.
Spróbujcie zamiast tabletek, jakiegokolwiek koloru.
Wiem po sobie, że to działa.

sobota, 4 listopada 2017

"40 Godzin" Katrin Lange

Minęły trzy lata od pierwszego wydania "40 Godzin" i to co w fabule mogło wydawać się mało realne lub przesadzone, staje się prawie codziennością współczesnego świata. Już nikt nie może być pewien czy codzienne wyjście do galerii handlowej na zakupy, spotkanie w klubie czy na meczu nie zakończy się tragicznie.

Ci którzy przeżyją  zamach terrorystyczny najczęściej funkcjonują przez dalszą część życia z obciążającą psychikę traumą. Już nic nie jest takie jak przed zamachem. 
Tak jak Faris Iskander, urodzony w Egipcie muzułmanin, obywatel Niemiec, pracownik berlińskiej policji. Faris Iskander pracuje w wydziale do walki z przestępstwami na tle religijnym i na własnej skórze doznaje co oznaczają uprzedzenia rasowe. 
Po wybuchu w Muzeum Klerscha Faris z trudem utrzymuje się przy życiu. Rozchwiana psychika, poczucie odpowiedzialności i trudności z powrotem do policyjnej struktury to jego codzienność. I nadal pogrążałby się w otchłani  wspomnień gdyby nie telefon od nieznajomego, który przysyła mu film, na którym ktoś przybija do krzyża starszego człowieka. Faris ma 40 godzin by odnaleźć zmaltretowanego mężczyznę i zapobiec jego śmierci. Jeżeli tego nie zrobi to razem z tym człowiekiem umrą tysiące berlińczyków i przyjezdnych, którzy postanowili wziąć udział w obchodach Ekumenicznych Dni Kościoła, które mają się zakończyć spotkaniem z papieżem. Zwłaszcza, że zamachowiec udowadnia, że potrafi wprowadzić pogróżki w życie. Giną niewinni ludzie, a czas ucieka, minuta po minucie. 
Piasku w klepsydrze zostało już coraz mniej. 
Zamachowiec udowadnia, że potrafi śledzić każdy krok Wydziału i nic nie umknie jego elektronicznej uwadze. 
Kim jest? Dopóki Faris Iskander i jego współpracownicy nie trafią na motyw postępowania sprawcy będą błądzić we mgle podejrzeń. 
Faris Iskander - człowiek z przeszłością i połamaną psychiką, przekonujący, nadwrażliwy i troskliwy wobec bliskich. Czy po zakończeniu tej sprawy potrafi się wyciszyć i wrócić chociaż na chwilę do normalnego życia? Przecież nie każdego dnia musi ratować świat. Kolejna część przygód Iskandera w zapowiedziach, więc będę miała szansę się przekonać. 
I tak na koniec żeby zbyt dużo z fabuły nie odkryć, "40 Godzin" to dobrze skonstruowany thriller, a wątek związany z nadmierną religijnością jednostki i jego wpływ na życie bliskich jest bardziej przerażający, niż  świadomość, że za chwilę mogą zginąć tysiące ludzi. Pamiętajmy, że wszystko zaczyna się w głowie i we wszystkich aspektach życia potrzebny jest umiar i wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka. Jeżeli tego brakuje zaczyna się terror, nie tylko ten na skalę makro, ale także ten mikro terror czterech ścian. 
Polecam Iwona Mejza

Kathrin Lange "40 Godzin"
Tłumaczyli Anna i Miłosz Urbanowie
Wydawnictwo Media Rodzina
Seria Gorzka Czekolada
Rok wydania 2017
Stron: 453

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

Przesyłka dotarła do mnie opakowana w oryginalny sposób. Potrzebowałam chwili żeby się zastanowić, który kabelek przetnę pierwszy...




piątek, 3 listopada 2017

"Harry Potter i więzień Azkabanu" wydanie ilustrowane



Po raz trzeci możemy  zagłębić się w zilustrowany przez Jima Kaya świat Harry'ego Pottera. Brytyjski ilustrator z ogromnym talentem, wrażliwością i wyczuciem wprowadza czytelnika w wykreowany przez J.K. Rowling świat magii i czarodziejów. 

Witają nas surowe mury twierdzy Azkaban, poznajemy Mapę Huncwotów, zachwyt wzbudza Błędny Rycerz. Każda strona ma indywidualną szatę graficzną i próżno szukać białego tła dla liter. Ilustracje, wskazówki, znaki - wszystko stanowi spójną całość i zachwyca. 
Jestem pewna, że jeszcze nieraz wrócę do tego wydania tylko dla samej przyjemności podziwiania ilustracji. 
...........
Harry Potter spędza wakacje z ciotką Petunią i wujem Vernonem. Ściślej mówiąc Harry męczy się w towarzystwie mugoli, ludzi zakłamanych i ograniczonych, ale jak mówią: rodziny się nie wybiera. Harry postanawia wytrwać, zależy mu na zgodzie wujostwa na wyjazd z klasą do Hogsmeade - wioski zamieszkanej przez samych czarodziejów. 
Wytrwałość Harry'emu będzie potrzebna, w progach domu wujostwa staje znienawidzona ciotka Marge w towarzystwie ulubionego psa o imieniu Majcher. 

A potem jest już tylko gorzej, Harry łamie obowiązujący go  zakaz używania magii, chwilę potem  z kufrem w dłoni i klatką Hedwigi trafia do Błędnego Rycerza. W czasie podróży   dowiaduje się, że z twierdzy Azkabanu uciekł zwolennik Sami Wiecie Kogo... 
Zaczyna się polowanie na  Syriusza Blacka. 

Polecam wszystkim wielbicielom Harry'ego Pottera - warto mieć na własność wersję ilustrowaną, polecam też tym czytelnikom, którzy po książki o przygodach najsłynniejszego czarodzieja sięgają po raz pierwszy. 
Cudne wydanie, jestem zauroczona!

"Harry Potter i więzień Azkabanu" - wydanie ilustrowane
Autor: J.K Rowling
Ilustracje: Jim Kay
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Wydawnictwo Media Rodzina
Tekst przejrzany i poprawiony przez tłumacza
Rok wydania: 2017
Stron: 328

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Media Rodzina

czwartek, 2 listopada 2017

Jaka pogoda listopadowa, taka i marcowa - przysłowia

Zaczynamy chyba najmniej przyjemny miesiąc w roku. Przyznam się, że nigdy nie lubiłam listopadowych mroków, ulewnych deszczy bębniących w czasie długich wieczorów o parapet okna, wiatru w porywach do 80/h - zawsze mi się wtedy wydaje, że lada chwila dom zostanie bez dachu. Ale jak mawiała niezapomniana Joanna Chmielewska: "jeżeli z czymś nie można wygrać, to trzeba polubić." Wprawdzie ta jakże trafna uwaga dotyczyła moli, ale ja w tym roku postanowiłam, że nie będę narzekać na listopadową aurę, psioczyć, że znowu zimno i mokro, tylko zaakceptuję ją taką jaka jest. Trudno, innej w tym roku nie będzie i zapewne w przyszłym też się to nie zmieni. Szybciej ciemno, mokro, nie chce mi się wychodzić z domu. 
Napiszę książkę, może opowiadanie, a może nie napiszę ale przeczytam więcej niż zamierzałam. Na pewno dobrze wykorzystam dany mi czas. Taki mam plan.


 A na początek żeby wiedzieć co przed nami i ze zrozumieniem wsłuchać się w działania natury garść przysłów listopadowych z kalendarza. 
I tak:

Jaka pogoda listopadowa, taka i marcowa.

Grzmot listopada dużo zboża zapowiada.

Gdy listopad z deszczami, grudzień zwykle z wiatrami.

Na Zaduszki słota, na Wielkanoc psota.

W listopadzie goło w sadzie.

W listopadzie grzmi, rolnik dobrze śpi. 

W połowie listopada deszczy, a w połowie stycznia trzeszczy. 

Przyznam, że te spore oczekiwania wobec listopadowych burz mnie niepokoją, bo burzy to ja się boję bardzo. Ale skoro ma rolnikom pomóc żeby dobre zbiory były, to jakoś się z listopadową burzą pogodzę. 

wtorek, 26 września 2017

"Przypadkowy detektyw" Maciej Ślużyński

Recenzja przedpremierowa


To miał być tylko krótki wypad z deską w góry. Czas dany sobie do namysłu przed podjęciem ważnej, mającej wpływ na resztę życia decyzji. 
Maciej Ślużyński, właściciel wydawnictwa, miłośnik białego szaleństwa na jednej desce, przyjechał z żoną do osady Glinka przez Milówkę, Rajczę i Ujsoły. Zamierzał zjechać kilka razy na desce, odetchnąć ostrym, górskim powietrzem i wieczorem wrócić z żoną do domu. Zamierzał. Żona pojechała załatwiać swoje sprawy, a on wyruszył na szczyt Rycerzowej Wielkiej.
Lawina, która nagle zeszła za jego plecami dosłownie zniosła go w okolice stanicy nomen omen "Pod Lawiną". A tam Maciej Ślużyński, ogrzany i prawie zaprzyjaźniony z sympatycznymi właścicielami stanicy przeobraził się w detektywa. Przypadkowego.
 Bo po zakrapianej imprezie,  jeden z dotychczasowych gości przeniósł się gwałtownie do lepszego świata. 
I tyle, nie napiszę ani słowa więcej na temat intrygi kryminalnej, ale sami możecie sobie wyobrazić miejsce akcji. Luty, mróz nie pozwala spokojnie wypalić papierosa, budynek odcięty od świata, wszędzie leży śnieg, tak biało, że aż razi w oczy. W środku ciepło i przytulnie, swojsko, trunkowo. Przyjemnie, a jednak ze strony na stronę rośnie napięcie, czytam kryminał i wiem, że za chwilę autor kogoś uśmierci, taki wymóg gatunku, a ja już niektórych polubiłam bardziej, niektórych mniej, ale wobec nikogo nie pozostałam obojętna. 
Jednym z atutów "Przypadkowego detektywa" jest ulokowanie akcji w okolicy znanej miłośnikom górskich wędrówek, narciarzom i niedzielnym turystom. Piękno gór, ja wiem, że to oklepany zwrot, ale Maciej Ślużyński, jako narrator powieści potrafi oddać ich urodę i respekt jaki budzą. Potrafi pobudzić tęsknotę za górami i wywołać lawinę wspomnień. Od razu przypomniałam sobie, że moja pierwsza Stella, owczarek podhalański, pochodziła z Milówki.
 Kolejnym atutem jest sposób narracji, szybko identyfikujemy się z Przypadkowym detektywem, wchodzimy w jego tok myślenia.
 Przypadło mi też do gustu nienachalne  poczucie humoru z jakim autor kreśli sytuacje. Te nieco kąśliwe  uwagi, zwłaszcza związane ze środowiskiem w jakim obraca się jako wydawca. Dają do myślenia. 

Plik z tekstem powieści dostałam w sobotę wieczorem, zamierzałam przeczytać ją w tym tygodniu, ale z ciekawości zajrzałam żeby przeczytać kilka pierwszych stron. Przeczytałam o wiele więcej, a dokończyłam w niedzielę. Otwarte zakończenie jest sygnałem, że autor myśli o kontynuacji i być może Maciej Ślużyński zawita jeszcze do stanicy Biegałów. 
Z przyjemnością polecam.
Iwona Mejza

"Przypadkowy detektyw" 
Maciej Ślużyński
Wydawnictwo Sumptibus 
Rok wydania 2017